Niektórym może się wydawać, że działalność przestępcza to głównie spontaniczne zrywy nastawione na szybki zysk. W rzeczywistości każdy skok powinien być zaplanowany w najdrobniejszym szczególe, a ewentualny przeciwnik rozpoznany. W przeciwnym wypadku akcja może się wyjątkowo źle skończyć. Tym razem ofiarazuchwałego bandziora nie dała za wygraną.W ubiegłym tygodniu niejaki Anthony Miranda (widoczny na zdjęciu) napadł na przypadkowego mężczyznę. Jego ofiara stała przy samochodzie, czekając na znajomego. 24-latek podszedł i zapytał go o zapalniczkę. Mężczyzna odpowiedział, że nie pali, więc nie może pomóc. Miranda wcale się nie obraził, bo mu w rzeczywistości chodziło mu o coś zupełnie innego.
Wyciągnął broń, przyparł mężczyznę do muru i zażądał wydania portfela, telefonu komórkowego oraz kluczy. Pech chciał, że miał przy sobie tylko drobne, które natychmiast oddał sprawcy. To jednak bardzo go rozwścieczyło. Zaczął się szarpać z bronią, która nie chciała się odbezpieczyć. Wreszcie przyłożył pistolet do jego klatki piersiowej. Mężczyzna był przekonany, że za chwilę wystrzeli.
Wtedy stwierdził, że nie ma nic do stracenia i odparł atak. Powalił napastnika na ziemię i rozprawił się z nim na własną rękę (efekty widoczne oczywiście na zdjęciu). Pech chciał, że bandzior zadarł z niewłaściwą osobą. Jego przeciwnik okazał się... zawodnikiem MMA (mieszane sztuki walki). W zamieszaniu uzbrojony sprawca wystrzelił kilka kul. Wszystkie trafiły w jego nogi.
Sportowiec rumuńskiego pochodzenia udowodnił, że sporty walki to nie tylko rozrywka dla agresywnych samców, ale niekiedy jedyny sposób na przetrwanie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz