środa, 7 grudnia 2011

Bandyta miał pecha. Napadł na... zawodnika MMA

Niektórym może się wydawać, że działalność przestępcza to głównie spontaniczne zrywy nastawione na szybki zysk. W rzeczywistości każdy skok powinien być zaplanowany w najdrobniejszym szczególe, a ewentualny przeciwnik rozpoznany. W przeciwnym wypadku akcja może się wyjątkowo źle skończyć. Tym razem ofiarazuchwałego bandziora nie dała za wygraną.

W ubiegłym tygodniu niejaki Anthony Miranda (widoczny na zdjęciu) napadł na przypadkowego mężczyznę. Jego ofiara stała przy samochodzie, czekając na znajomego. 24-latek podszedł i zapytał go o zapalniczkę. Mężczyzna odpowiedział, że nie pali, więc nie może pomóc. Miranda wcale się nie obraził, bo mu w rzeczywistości chodziło mu o coś zupełnie innego.

Wyciągnął broń, przyparł mężczyznę do muru i zażądał wydania portfela, telefonu komórkowego oraz kluczy. Pech chciał, że miał przy sobie tylko drobne, które natychmiast oddał sprawcy. To jednak bardzo go rozwścieczyło. Zaczął się szarpać z bronią, która nie chciała się odbezpieczyć. Wreszcie przyłożył pistolet do jego klatki piersiowej. Mężczyzna był przekonany, że za chwilę wystrzeli.

Wtedy stwierdził, że nie ma nic do stracenia i odparł atak. Powalił napastnika na ziemię i rozprawił się z nim na własną rękę (efekty widoczne oczywiście na zdjęciu). Pech chciał, że bandzior zadarł z niewłaściwą osobą. Jego przeciwnik okazał się... zawodnikiem MMA (mieszane sztuki walki). W zamieszaniu uzbrojony sprawca wystrzelił kilka kul. Wszystkie trafiły w jego nogi.

Sportowiec rumuńskiego pochodzenia udowodnił, że sporty walki to nie tylko rozrywka dla agresywnych samców, ale niekiedy jedyny sposób na przetrwanie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz